Zegarek, którego nie szukałem, nie znałem a teraz mam powtórkę z Zodiaka.
Herbelin Cap Camarat – czyli nieco taki nieokrzesany Francuz jaki przybył do mnie od jednego z widzów kanału i mojego zegarkowego znajomego. Przybył bez planu i jako taka niespodzianka. I jak się okazuje takie nie planowane spotkania potrafią być bardzo intrygujące, a może i nieco niebezpieczne.

Dlaczego tak napisałem? Ano dlatego, że ja o samej marce Herbelin nie wiem czy może nie wiedziałem za dużo. Teraz wspierany przez Gemini od googla wiem nieco więcej, choć nie jakoś wiele, cytując za nim:
Michel Herbelin to francuska marka zegarkowa z siedzibą w Charquemont, w regionie Jury, znanym z tradycji zegarmistrzowskich. Zegarki Herbelin charakteryzują się wysoką jakością wykonania, eleganckim wzornictwem i precyzyjnymi mechanizmami.
Marka została założona w 1947 roku przez Michela Herbelina, który po ukończeniu studiów zegarmistrzowskich postanowił stworzyć własną firmę. Początkowo zegarki były sprzedawane pod nazwą Impec, a od 1966 roku marka nosi imię założyciela. Michel Herbelin szybko zyskał uznanie dzięki swoim innowacyjnym projektom i wysokiej jakości produktom. Obecnie marka jest prowadzona przez kolejne pokolenie rodziny Herbelin i jest ceniona na całym świecie
Dla mnie to marka, której zegarki czasem się gdzieś widuje jednak nie jakoś natarczywie w naszych zegarkowych przestrzeniach. Dlatego mam takie wrażenie, że to nieco taka marka „wydmuszka”. Mogę się jednak mylić.
To co wiem, to takie nieco żartobliwe stwierdzenie, że jednak to raczej coś mocno mainstreamowego, skoro sam Patek zgapił od nich design dla swojego kontrowersyjnego Cubitusa 🙃

Wracając jednak do tego okrągłego (w miarę) Herbelina jakiego mam u siebie i do wspomnianego efektu Zodiaka. To drugi raz kiedy mam taki efekt po wyjęciu zegarka z pudełka, że myślę sobie „a to ci!” i aż mi się cieszy mordka. Tak właśnie miałem i tutaj.

Jest to kolejny zegarek z chyba nieco już przygasającej fali popularności zegarków ze zintegrowaną bransoletą, jaka nam towarzyszy. Zegarek w którym nie można nie zauważyć inspiracji, czy nawiązań do inżyniera od IWC. Jednak cała jego budowa jest w moich oczach bardziej inżynieryjna niż u wspomnianego IWC. Mniej wyrafinowana w swoim pomyśle, nieco taka właśnie nieokrzesana.

Za to wrażenie odpowiada szczególnie bransoleta. Złożona z takich wydatnych ogniw, o bardzo specyficznym i chyba dość unikalnym kształcie. Ośmielę się napisać, że przez to zegarek zyskuje taki charakter twardziela. I podoba mi się to. Podoba mi się jak się z nim czuję na ręce – tak waśnie nieco jak z czymś jak g-schock czy LumiNor. Nie technicznie, bo to na pewno nie jest zegarek do szczególnego ciorania choćby ze względu na stalową kopertę i bransoletę. Ale daje mi takie poczucie.
I to jest fajne!

I to spotkanie, coś mi też uświadomiło. Moje dotychczasowe spotkania z zegarkami zintegrowanymi nie pozwoliły mi jednoznacznie odpowiedzieć, czy ja je lubię czy nie. Raczej przychylałem się do tej drugiej opcji – że są one nie do końca dla mnie. Miałem w kolekcji kilka PRXów od Tissot, miałem Tsuyosa od Citizena. Miałem u siebie dwunastkę Warda, a teraz mam Venezianico Arsenale i vintage PR516.


I z tego wszystkiego najfajniej na ręce czuję się ze starym PR516 i właśnie z tym tutaj noszącym imię po przylądku z lazurowego wybrzeża Hebelinem (ech… ta nazwa będzie mi w głowie zawsze brzmieć jak Herbalife).


Z czego wyłania się wniosek, że zegarki ze zintegrowaną bransoletą dla mnie nie działają, gdy mają zbyt elegancki charakter. I czym dalej od takiego uderzania w taki właśnie klimat, tym jakoś bliżej mi do takich zegarków. I fajnie to sobie uświadomić, choć to może mieść za sobą pewne ciekawe wnioski.

Bo jak już napisałem ten tutaj gagatek nielicho inspiruje się tym co pokazuje IWC w swoim inżynierze. Jednak ten drugi (nie mam na myśli wykonania tylko sam projekt) jest jakby pełniejszy ogłady, spokoju w swoich liniach. Może nawet właśnie nieco bardziej elegancko zaprojektowany?

Czy to znaczyło by, że zintegrowany IWC też by mnie do siebie nie przekonał?
Nie mam pojęcia, może czas da mi okazję kiedyś to sprawdzić.
Na razie, to nieplanowane i niespodziewane spotkanie z Herbelinem sprawiło, że mam ochotę zamienić na niego w kolekcji mojego Aresnale od wenecjańczyków. Może się uda, zobaczymy.

Nieco o tym mówię także w materiale na YT
Myślę, że już starczy tego mojego przelewania myśli tłoczących się w czasoholickiej głowie na kanwas przestrzeni internetu, przynajmniej jeżeli chodzi o ten zegarek.
Miłego!
















Napisz co o tym myślisz!