Koniec roku to tradycyjnie czas wszelakich podsumowań, analiz i tym podobnych atrakcji. Ja też postanowiłem przeprowadzić sobie taką dyskusję ze samym sobą, na temat tych ostatnich 12 miesięcy w zegarkowym ujęciu.
Nie chciałbym jednak popadać w swoistą oczywistość, czy wtórność, jeżeli chodzi o formę takiego patrzenia czy opowiadania. Raczej szukam przy tej okazji sposobu na samego siebie. Postawiłem sobie taką tezę, że nadchodzący 2025 r. będzie dla mnie rokiem noszenia zegarków.
2025 rokiem noszenia zegarków.
Rokiem noszenia zegarków, przez co rozumiem narzucony na samego siebie imperatyw korzystania ze swojej kolekcji. I opierania się pokusom zmian, pokusom zegarkowych zakupów. Łatwo mi się to tutaj pisze, ale i ja i Wy pewnie wiecie, że prawdopodobieństwo iż będą to jedynie swoiste czcze pogróżki wobec mojego zegarkowego wariactwa. No bo jak miało by mi się to udać?
No na pewno łatwo nie będzie. Dlatego staram się przygotować do realizacje tego opus magnum jak to ja, dość narzędziowo. Pierwszym pomysłem i prostym narzędziem jakie już na siebie przyszykowałem jest – bufor.
Bufor
Bufor, czyli taka moja lista zegarków, które wpadły mi w oko. Lista w postaci albumu w ramach zdjęć google (klik) gdzie zbieram sobie to co mi się spodobało i o czym pomyślałem, że fajnie by było mieć. I plan jest taki, że cokolwiek bym chciał dodać do kolekcji musi najpierw odleżeć swoje w tym buforze. Do czasu aż albo mi przejdzie, albo będę pewien, że znajdę dla takiego zegarka miejsce nie tylko w kolekcji, ale przede wszystkim na nadgarstku. Zobaczymy jak to zadziała.
Spojrzenie wstecz

Drugim pomysłem, jaki mam na ułatwienie zegarkowemu sobie podejmowanie lepszych a może raczej, mniej spontanicznych decyzji zegarkowych. Jest zagłębienie się w zegarkowe spotkania jakie miałem w całym 2024r. I próba wyłonienia z tych wielu, wielu interakcji tych zegarków, które zrobiły na mnie w tym okresie największe wrażenie, albo może raczej – tych, które jakoś mocniej na mnie wpłynęły. A, że rok to 12 miesięcy, to postanowiłem tę koncepcyjną podróż zrealizować właśnie na kanwie tychże.
Styczeń
Początek roku, gdy tak patrzę na moje fotograficzne archiwum, był nader intensywny. Na samym starcie miałem okazję spotkać się z w pewnym sensie istotnym, z perspektywy zegarkowej historii, Seiko Contra. Zegarek, który miałem pożyczony do filmu i zdecydowanie był dla mnie spotkaniem fascynującym. Pokazującym, że można w zegarkach spotykać tak nieoczywiste, a jednocześnie fascynujące zegarki.

Więcej o tym spotkaniu, oczywiście w materiale na YT.
Gościłem też u siebie Gruppo Gamma, które bardzo chciałem, a przynajmniej tak pamiętam, żeby mnie jakoś porwało. Jednak w tym przypadku nie znalazłem między nami chemii. I to też ważna lekcja – muszę zawsze starać się znaleźć możliwość spotkania się z zegarkiem na żywo.

Idąc tym tropem, styczeń to też miesiąc gdzie cieszyłem się bardzo z zegarka, który wszedł do mojej kolekcji z końcem 2023r. a który poniekąd był zaskakujący. Bo był to Maranez jeden z machowych zegarków. Machowych czyli tych, które kojarzę ja i nie tylko ja, z kolegą o takim właśnie nicku (Machu). Zegarków o niebagatelnych rozmiarach, i mocnej prezencji na nadgarstku.

I gdy teraz myślę o tym zegarku, który notabene ciągle jest moich pudełkach, to uświadamiam sobie, że było to znaczące spotkanie. Znaczące o tyle, że od tego zaczęła się moja akceptacja wielkich zegarków. Taka swoista zmiana, która patrząc dalej – miała duży (nomen omen) wpływ na moją kolekcję i moją zegarkową podróż. I właśnie przez to uznaję tego Maraneza za na tyle ważny zegarek, że nazwę go – zegarkiem stycznia 2024r.
Wspomnę jeszcze, że także w styczniu, wpadł mi w ręce zegarek z kategorii vintage, który wypełnił w kolekcji w sumie dwa miejsca – właśnie zegarka retro a przy tym zegarka na zintegrowanej bransolecie. I trzyma te miejsca do dzisiaj.

Luty
Drugi miesiąc roku zdecydowanie był miesiącem spod znaku mikrobrandów. Miałem okazję gościć u siebie lub dodać do moich zbiorów całkiem ciekawą pulę takich właśnie mikro markowych zegarków.
Pierwszym, przynajmniej według mojej galerii zdjeć, było spotkanie z Tatrami od G.Gerlacha. Zegarek, który miałem okazję pożyczyć do materiału na kanał YT. Zegarek, na który tak nieco po cichu liczyłem, że będzie trafiał mocno w moje zakochane w Beskidach serce. Że będzie takim moim nowym Alpinistem. Wyszło na to, że to nie do końca jednak to. Coż to też ważna lekcja – nie temat czy nazwa tworzą zegarek.

W lutym, też na krótką chwilę miałem okazję skierować obiektyw na Balla. Balla od jednego z moich zegarkowych przyjaciół. I było to o tyle dla mnie znaczące, że może ciągle nie jestem fajnem estetyki zegarków tej marki, to mogłem się przekonać o tym, że to jednak są dobrze przygotowane i poskładane urządzenia.

Ale miało być mikrobrandowo. Nie chcę tutaj spamować zdjęciami każdego ze spotkań ale skupić się na tym co uważam za dość istotne. A takim na pewno było dla mnie spotkanie z nurkiem od NMI. Mikrobrandowym zegarkiem, za całkiem rozsądne pieniądze, który pokazał coś co dotychczas pokazywali tylko producenci z Azji tacy jak San Martin. Pokazał świetne wykonanie i przywiązanie do szczegółów. W tym samym czasie trafił też do mnie Christopher Ward Atol – co pozwoliło mi na takie porównania jakości i tego jakie mamy dostępne spektrum możliwości w świecie zegarków od mniejszych i większych marek niezależnych.

I co ciekawe, z tego porównania mikrobrandowego Dawida i Goliata, ten pierwszy wychodzi bez uszczerbku na wizerunku.
W lutym trafił też do mnie Erebus Origin One, zegarek marki stworzonej przez Jodiego, który prowadzi na YT kanał Just one more watch. I był to dla mnie o tyle interesujący zegarek, że wspomniany Jodi ze względu na swoje obycie miał dostarczyć coś wyjątkowego. A Erebus na pierwszy rzut oka okazał się być raczej nie przełomowy – choć zdecydowanie poprawny.

Muszę jednak oddać Cezarowi co cezara, a bogu co Boskie, i przyznać, że najbardziej zaskakującym i dającym z perspektywy do myślenia zegarkiem lutego okazał się być Arach.
Od polskiej mikro-marki. Zegarek, który dostałem wypożyczony na potrzeby materiału, a którego już nie odesłałem, tylko go kupiłem. Tak miało nie być, nie spodziewałem się tego po tym jak na niego patrzyłem wcześniej na dostępnych materiałach w sieci. Ale tak się stało. To kolejna cegiełka do już przywołanego imperatywu – spotkań z zegarkiem na żywo.

Marzec
Marzec wbrew przysłowiowym zapowiedziom, nie przyszykował mi swoistego garca z zegarkami. Wręcz przeciwnie zegarków spotkałem stosunkowo niewiele. Jednak patrząc z perspektywy czasu były to spotkania zdecydowanie istotne. Po pierwsze niejako kontynuując temat mikrobrandowy choć zdecydowania z innej półki cenowej, trafia do mnie Serica.

Zegarek, który chyba na tamten moment był najdroższym mikro jaki dokoptowałem do kolekcji. Zegarek którego specyficzna, taka retro klimatyczna, estetyka jest dość nieoczywista. I w sumie do dzisiaj nie za bardzo potrafię sobie przywołać jakiś inny zegarek, który miałby podobny klimat. A do tego, jest to zegarek naprawdę fajnie wykonany.
Na dodatek przy okazji tworzenia materiału o tej właśnie Serice, miałem okazję zaprosić do pojawienia się na kanale ze swoim spojrzeniem Mateusza z kanału https://www.youtube.com/@GinginWatches
Serica jest u mnie do dzisiaj i ani chybi winienem właśnie ją uznać za wyróżniony zegarek Marca.
Kwiecień
Kwiecień choć zapewnił mi kilka zegarkowych spotkań, to jednak przede wszystkim był dla mnie miesiącem podróży. Odwiedziłem wtedy po raz pierwszy i jak na razie jedyny w życiu Chiny. Była do dla mnie podróż w wielu aspektach wyjątkowa. Nie jestem szczególnie zdeklarowanym podróżnikiem. Lubię moje lokalne wędrówki po górach, nie jakieś wielkie wyprawy.
Jednak ta podróż na prawie literalny drugi koniec świata była bardzo ważna z wielu powodów zawodowych i osobistych. A towarzyszył mi w niej zegarek, zegarek który niejako na jej potrzeby zorganizowałem. Zegarek, który już wcześniej z moim przyjacielem Jarkiem odwiedzał inny kontynent. A tym zegarkowym powsinogą jest Nezumi Aviera. Zegarek typu prawdziwe GMT co oczywiście sprawia, że w takim zastosowaniu sprawdza się świetnie. A przy tym to kawał świetnego mikrobrandowego zegarka.

I jak o tym myślę patrząc wstecz, to jest to zegarek, który już zbudował swoją historię. Z Jarkiem odwiedzał Amerykę, ze mną wybrał się do Chin. Każde na niego spojrzenie ro mała przypominajka tej mojej wielkiej przygody. I chyba trudno od zegarka oczekiwać lepszej rekomendacji, czy lepszego uzasadnienia.
Dla mnie Nezumi to musi być zegarek Kwietnia. A lekcja jaka z tego mogę dla siebie wyciągnąć – to: zegarek może być czymś więcej niż tylko małym urządzeniem, może być towarzyszem czegoś ważnego.
Nie mogę o tym nigdy zapominać!
Maj
To miesiąc moich urodzin 🙂
I jak tak zerkam na moje tegoroczne archiwum, to mogę powiedzieć, że ten mój urodzinowy miesiąc był zegarkowo obfity. Bo miałem spotkań wiele. Na pierwszy ogień moje foto archiwum pokazuje mi ujęcia Farera.
Zegarek, który zamówiłem w preorderze dotarł do mnie w czasie kiedy byłem jeszcze we wspomnianych Chinach. Zegarek, na który sobie pozwoliłem po przełamaniu pewnej granicy ceny za mikro, którą to sforsowała już opisana Serica. Tutaj Farer WorldTimer jeszcze podniósł nieco poprzeczkę. I w tamtym czasie musze powiedzieć, że chyba nie do końca potrafiłem go docenić. Bo do tego dorosłem dopiero teraz na sam koniec tego roku.

Później niejako w między czasie wylądował u mnie całkiem zwariowany wizualnie Nubeo. Długo u mnie nie zabawił, jednak było to bardzo fajne i takie wesołe spotkanie.

Był także na chwilę lub dwie w formie wypożyczenia od Jarka ze sklepu Aeon dość taki specyficznie, acz z pietyzmem zrobiony lotnik Stefano Braga. Wtedy jakoś nie szczególnie znalazłem w nim coś spektakularnego, od bardzo sensowny zegarek od mikro. Teraz gdy patrzę na zdjęcia, już z punktu widzenia mojego przekonania się do lotników, to wydaje mi się, że mogłem nie do końca zarezonować z ty zegarkiem.

Był też na chwilę u mnie, pożyczony prze Leona Junghans, lotnik chrono… ech podoba mi się ten zegar i musze go kiedyś jeszcze pożyczyć.

Gościłem także coś niecodziennego, pożyczonego tym razem od Mateusza z Gin-Gin Watches. Bell & Rose w swojej nurkowej odsłonie. Zegarek nieoczywisty, nieco taki bez sensu ale przy tym naprawdę świetny!

Był to też okres mojego poszukiwana większych i takich co nieco odklejonych od normy zegarków. Poszukiwań, które były efektem mojego spotkania z Omegą PloProf. I pojawiało się całkiem sporo zegarków. Między innymi zaskakujący D1 Subaqueo, fajny i dość fajnie wyceniony nurek, który miesza kilka pomysłów na kształt zegarka. i robi to dobrze.

W maju jednak dotarł jeszcze jeden zegarek. Zegarek z tych historycznych, a przynajmniej do takiego właśnie miru nawiązujący. Zegarek od Seiko. Zegarek, który miał być – tak przewidywałem – petardą. I dokładnie takie zrobił pierwsze wrażenie. A mowa o Willardzie!

I to właśnie Willardowi musze oddać tytuł majowego primus inter pares. Choć moje dalsze z nim przygody czy późniejsze patrzenie nieco się skomplikowało.
Czerwiec
I tutaj przed wakacyjnie dalej prowadziłem swoje poszukiwania nieco odjechanych zegarków. O którym już wspominałem poprzednio. I dla zachowania choć odrobiny rozsądku w tym wpisie, powstrzymam się od pokazywania wszystkich zegarkowych spotkań. Za to nie mam tutaj żadnej wątpliwości, jaki zegarek był zegarkiem miesiąca – Citizen EcoZilla. W sumie jego fajność jest wprost proporcjonalna do jego rozmiaru 🙂

Lipiec
Lato w pełni. Atmosfera nieco taka właśnie letnio leniwa, co też niejako przejawiało się w aktywnościach zegarkowych. Innymi słowy niewiele się działo. Ale miałem jedno spotkanie, które warto wspomnieć. Nie pierwsze moje spotkanie z tym zegarkiem, ale kolejne. I chyba wtedy byłem najbliżej pomysłu żeby mieć taki zegarek w kolekcji. Miałem go u siebie na zdjęcia, i mogłem się nieco głębiej nad tym zastanowić.

Piszę tutaj o Tudorze BlackBay 58. Zegarku, który bardzo mi się podoba. Jednak po już kilku z nim spotkaniach wiem, że jest to zegarek nie dla mnie. A przynajmniej nie teraz. To jest świetna propozycja dla kogoś kto może mieć jeden zegarek, no może ze dwa. W moich oczach, w tym BB58 nie ma nic co by mi nie pasowało przez co jakoś tak postrzegam go jako za dobry. I gdzieś tam w głowie wiem, że albo bym przestał nosić inne zegarki, albo bym go po prostu sprzedał.
Choć jest jeszcze jedna możliwość – niewykluczone, że zaczął bym szukać i wyolbrzymiać jakieś jego potencjalne niedociągnięcia. Nieco tak na siłę co potencjalnie mogło by mnie zmienić w takiego zegarkowego marudę!
W każdym razie, lekcja z tego dla mnie taka – że bliskość ideału zaiste może być nieznośna. Warto mi o tym pamiętać.
Sierpień
Sierpień to urlop w Pieninach! Ach tak jak kocham Beskidy miłością wielką, tak i Pieninom nie mogę ujmować cudowności!

I w tym czasie, znów najwięcej czasu spędziłem z już utytułowanym Willardem. Nie sposób mi zatem przypinać mu kolejnego tytułu. Więc prawem autora w tym miesiącu nie będę żadnego zegarka wyróżniał. Za to mam z tego czasu do zapamiętania to – że postrzeganie zegarka zmienia się jeżeli spędzamy z nim dużo czasu na raz.
Wspomnę tylko, że to właśnie wtedy miałem też spotkanie z pożyczonym Pamem.

Wrzesień
W 2024 r. wrzesień zaprawdę miał charakter swoistej kampanii wrześniowej. Działo się nadzwyczaj wiele! Na start po raz drugi miałem okazję być na Charytatywnym Rajdzie Małego Fiata, która to impreza ma dla mnie, ze względu na ludzi którzy mnie z nią związali, także wymiar zegarkowy.

No bo Radek, który jest jednym z głównych organizatorów imprezy, jak i Leon, to ludzie których miałem szczęście poznać właśnie przez zegarki. Właśnie we wrześniu miałem kilka różnych zegarkowych przemyśleń, a jednym z nich była taka koncepcja, zestawiania ze sobą dwóch zegarków jakie mam, a które według mnie mają ze sobą co nieco wspólnego. Choćby, że to zegarki często będące w kosmosie.

Z resztą historia mojej Omegi jest właśnie związana z Radkiem. Poza tym, robiąc porządki w moich szpargałach znalazłem zegarek. Seiko 5 który pochodzi z przed mojej zegarkowej ery. Czyli jest to zegarek jaki kupiłem kiedyś tam, bardzo dawno temu lata przed tym zanim wdepnąłem w to nasze hobby. Wymagał on pomocy fachowca, i też o taką pomoc poprosiłem Sławka, zaprzyjaźnionego zegarmistrza.

Seiko to, wróciło już w pełni sprawne ale na to jeszcze przyjdzie nam w tym opisie poczekać. We wrześniu dotarł też zamówiony wcześniej zegarek od MD Studio w wersji Trinity. Nietuzinkowy projekt mikro, który bardzo spodobał się mojej pięknej żonie 🙂

Wylądował tez u mnie drugi (bo pierwszy już sprzedałem, choć nie planowałem tego) zegarek od NMI. Tym razem nie nurek ale bardzo udany i w moje opinii godny polecenia mikrobrandowy daily/eksplorer.

Wrzesień to także pierwsze spotkanie z Crudo Carattere mikro marką z mojego miasta Bielska-Białej. Mikro stworzonego po sąsiedzku przez Marka i to z taką pasją, że samo moje spotkanie z Markiem, a potem już ośmielę się napisać przyjaźń, mocno wpłynęły na mnie i moje zegarkowe patrzenie i odczuwanie. Było to po prostu spotkanie z pasją w takiej koncentracji, że nie sposób było nie zarazić się nieco bardziej tą naszą zegarkową miłością!


Jakby tego wszystkiego było mało, to właśnie wrzesień wepchnął mnie w objęcia Paneraia.

A na koniec, właśnie we wrześniu zrobiłem takie zdjęcie, na jednym ze spotkań na kawę. Zdjęcie, które można by powiedzieć miało charakter proroczy. Ale nie wyprzedajmy faktów.

I znowu, jak tutaj wybrać jakiś zegarek i nazwać go zegarkiem września?!? Tyle się działo i tyle było okołozegarkowych emocji. Zegarek września, niejako z racji kalibru zakupu, jak z resztą już patrząc z perspektywy końca roku, także z ilości frajdy i radości jaką wniósł do kolekcji i mojego zegarkowego życia – musi to być Panerai PAM00352. Ale wydarzeniem i dla mnie wrześniową lekcją jest absolutnie – spotkanie z Markiem z Crudo Carattere i poznanie jego pasji i takiej czystej radości z zegarków.
O tym nie wolno mi zapomnieć – czysta radość, żadne knute filozofie i udawane historie!
Październik
W październiku, też się nieco działo. Jednak rozsądek nakazuje już nie popadać tutaj w szczegóły. Na szczęście jest nieco łatwiej a jednocześnie chyba też nieco trudniej.
Porywem serca i takiej fascynacji, jaka mi towarzyszyła w tej zegarkowej drodze kiedyś, dodałem do kolekcji Breitlinga Aerospace. Zegarek o którym kiedyś po cichy marzyłem – a teraz danem i było to marzenie spełnić.

Nie będę się tutaj jakoś nad nim rozwodził, bo ma on swój własny wpis na stronie o tutaj.
Drugim nielichym wydarzeniem zegarkowego świata Tomka – czyli mojego, był powrót mojej własnej legendy – mojego Nethunsa Scuba 500.

Możecie o tym przeczytać w szczegółach tutaj. Dla mnie to wydarzenie z kategorii – historia nie do uwierzenia. I mimo mojej fascynacji Breitlingiem, to październik należy do Nethunsa! Bo pokazał mi, że to właśnie historie jakie stają za zegarkami, jakie sami wokół nich budujemy dając im szansę uczestniczyć w naszym życiu – stanowią wartość nie do przecenienia.
Listopad
W listopadzie dotarł do mnie Smok! Długo wyczekiwany i w sumie nieco kontrowersyjny. Ale na pewno ciekawy i mogący się podobać.

Jednak, mogę napisać, że zgodnie ze wrześniową przepowiednią listopad należy do Tourbiego!

Tourby, który nauczył mnie lubić piloty. A szerzej to uświadomił mi, że w zegarkach nie do przecenienia jest spójność projektu. W tym konkretnym przypadku wielkość zegarka, pozornie za wielka – sprawia że cała reszta jakoś ląduje na właściwych miejscach.
Grudzień
Na finiszu roku też nie mogłem narzekać na zegarkową nudę. Na początek pozwólcie, że pokażę coś co dotarło choć zamówione było już wcześniej. A konkretnie Arsenale od Venzianico. Moje kolejne po Tissocie PRX, Citizenie Tsuyoza i jeszcze czymś tam podejście do nowoczesnej integry. tym razem w takim raczej eleganckim sznycie i zdecydowanie dwudziestopierwszowiecznym pomyśle na siebie. Zegarek, który zbiera bardzo przychylne komentarze gdziekolwiek go pokarzę.

Ja sam nie potrafię się jeszcze do końca określić jaka jest moja opinia. Musze mu dać jeszcze nieco czasu.
Grudzień to też czas swoistego renesansu mojego, a raczej mojej żony, Seiko Alpinista. Wspominałem nieco o tym we wpisie o Beskidzkich zegarkach o tutaj.

I to właśnie ten zegarek, kradnie grudzień. A szczególnie jego świąteczne, Grinchowe oblicze.

I to na tyle
To by było na tyle, tego mojego wiwisekcyjnego patrzenia na cały ten, nie ma co narzekać, całkiem udany zegarkowo rok. Moje postanowienia na 2025 już wspomniałem we wstępie tego wpisu. A jak te powyższe przemyślenia pomogą mi to zrealizować?
Mam nadzieję, że chociaż jako kolejne małe okruchy doświadczeń, które finalnie przecież tworzą nas jako całość. Jesteśmy sumą naszych doświadczeń.
Zobaczymy jak pójdzie w 2025 roku!
Miłego!









Napisz co o tym myślisz!