A jak lecimy, to nasuwa nam się pytanie:
Czy leci z nami pilot?
Cześć,
Dzisiaj w niedzielny poranek, jak zwykle w takiej czy innej formie odwiedzałem moje kochane Beskidy. Nie biegowo tym razem, a spacerowo fotograficznie. Bardzo lubię to robić i zawsze jest to dla mnie taki trudny wybór. Jak wyjdę z aparatem, to nie biegam i mam swoiste wyrzuty sumienia z tego powodu. A jak biegam to mi żal, że nie mam ze sobą gratów fotograficznych, bo wtedy zawsz kadry jakoś tak same się narzucają. Ce’s la vie – trawa zawsze wydaje się zieleńsza na drugim brzegu.
Dzisiaj jednak poszedłem z aparatem i z pilotem. Z pilotem od Tourby jakiego dołożyłem do pudełka po ostatnim zlocie forum czwarty-wymiar. Dużego pilota. Ba! Można nawet powiedzieć, że wielkiego pilota. Bo to 45 mm średnicy bez koronki!
Kawał zegarka – a do tego w estetyce, co do której do tej pory nie mogłem się przekonać. Ale o tym za chwilę.

Założyłem tego lotnika na nowy zielony pasek. Uszyty pod niego przez Konrada Mickiewicza na podstawie szkicu jaki zmajstrowałem. I wym przybraniu wydał mi się dobrym pomysłem na towarzysza górskiej wycieczki. I dobrze się z nim w tej roli towarzysza czułem.

Poranek dzisiaj był rześki. W okolicach Koziej Górki mroźny ale jeszcze nie zimowy. Za to okraszony całkiem miłym światłem zaraz po wschodzie słońca.


I tak się włócząc i fotografując miałem czas podumać nad tym, dlaczego jakiś mi ten Turby przypadł do gustu i tak do siebie przekonał. Wbrew innym, poprzednim moim z pilotami w podobnym klimacie spotkaniom.

Ten nie tutaj przykład lotnika, od niemieckiego mikrobrandu nie jest jakiś szczególnie wyróżniający się swoim designem. Mówiąc więcej od strony koperty bardzo mu blisko do Big Pilota od IWC. Choć nie jest to toczka w toczkę to samo. Tourby chwali się, że jako pierwsi zrealizowali pilota na unitasie z sub-sekundą na szóstej godzinie.
Nie mam powodów, żeby im nie wierzyć. A sam tak właśnie umieszczony sekundnik podoba mi się całkiem całkiem.

Sam sekundnik to jednak nie wszystko, a właściwie wcale nie powód, który sprawia iż ten zegarek przypadł mi do gustu znacznie bardziej niż poprzednie piloty z jakimi miałem dotychczas spotkania. A po przemyśleniach doszedłem do wniosku, iż kluczowym aspektem są tutaj proporcje.

On jest wielki, a to po prostu mu przystoi i pasuje. Moje poprzednie piloty były mniejsze. Wychodziłem z założenia, że dla mojej ręki rozsądnym rozmiarem jest 40 mm i okolice. I z takimi pilotami się mierzyłem. A tu jest zupełnie inaczej. Może nawet nad wyraz jeżeli chodzi o ten rozmiar i moją rękę. Jednak dzięki tej wielkości całość nabiera jakiegoś poukładania. Swoistej harmonii. I to chyba właśnie to jest tym co sprawiło, że ten Tourby spasował mi o wiele bardziej niż poprzednia Alpina, czy Laco.

Choć to zdecydowanie nie wszystko. Bo jest jeszcze ten werk. Unitas czyli ETA 6497-1. Mechanizm z ręcznym naciągiem, pochodzący projektowo z lat piędziesiątych ubiegłego wieku. Technicznie nie jest to nic szczególnie wyszukanego. Ma jednak pewną fantastyczną cechę – uczucie nakręcania go jest niesamowicie satysfakcjonujące.

A w tym pilocie jest to jeszcze niejako spotęgowane fantastycznie wygodną koronką.

Kombinacja ta jest to chyba najbardziej satysfakcjonujące doznanie nakręcania zegarka z jakim do tej pory miałem do czynienia. Oczywiście niejako w sposób oczywisty wielki pilot jak ten tutaj ma zaletę czytelności, bardzo fajnej lumy. Ponad to jest w nim jakaś taka kombinacja utylitarnych korzeni i naprawdę dobrego wykonania.
I to chyba dlatego tak mnie na ręce cieszy! A przy tym jak się okazuje całkiem dobrze towarzyszy w górskich wycieczkach.


I taki to jest ten rocznicowy (bo nazwa modelu to Pilot 10th Anniversary) lotnik od Tourby. Wieki, może nieco banalny jeżeli chodzi o projekt, choć z lekkim twistem jeżeli pamiętamy o tym sekundniku, a tak generalnie fajny. Choć wielki! Co całkiem go fajnie licuje w pudle obok Paneraia.

Tyle tego rozpisywania się.
Miłego!








Napisz co o tym myślisz!