Jakiś już czas temu do mojej kolekcji dołączył Breitling Colt GMT. Zegarek, który pojawił się wtedy w dobrym momencie. Właśnie gdy jakoś tak dorosłem do docenienia tej nietuzinkowej, nieoczywistej i jednocześnie niełatwej estetyki niektórych linii Breitlinga. Był to rok 2022 i już wspominałem o tym na stronie.

to właśnie wspomniany Colt
Ale zanim przekonałem się do tego zegarka, czy szerzej do całej koncepcji wizualnej, to już wcześniej miałem chwilę swoistej fascynacji innym Breitlingiem. Chodziło wtedy o tytułowego Aerospace. Zegarek z takiej niszy w tym naszym zegarkowym hobby. Niszy analogowo-cyfrowej. Niszy, która moim zdaniem jest jeszcze niedoceniana. Nie są to w końcu zegarki mechaniczne, a co za tym idzie nie można im przypisywać tego, prawie że magicznego miru. Są to niejako z natury rzeczy zegarki kwarcowe, a czas ich szerokiego doceniania jeszcze nie nastał.

Mój Breitling Aerospace z okolic 2000r.
Wtedy próba położenia ręki na takim zegarku leżała poza granicami moich możliwości. Jednak to zafascynowanie, czy zainteresowanie, zaowocowało okresem w mojej zegarkowej drodze, w którym szukałem różnych ciekawych zegarków z rodziny analogowo-cyfrowych.
Mówiąc precyzyjnie i przeglądając moje archiwa, to pierwszym analogowo cyfrowym zegarkiem jaki miałem, był wywodzący się jeszcze z okresu fascynacji G-Shockami ten wielkolud

Jednak, on wylądował u mnie niejako „po linii dżiszoków” nie ana-digi jako takich.
Poszukiwania te wtedy ukoronowane zostały dodaniem do kolekcji takiej nielichej trójki.

Z czasem jakoś mi przeszło i też te, skąd inąd świetne zegarki, opuściły mnie w wyniku wymian, czy innych kolekcyjnych ruchów. Jeżeli wierzyć datom zdjęć był to początek 2021r.
I tak sobie od tamtego momentu było zdecydowanie bardziej analogowo i mechanicznie. Aż do nie tak odległego mojego natknięcia się na dzisiejszego głównego bohatera. Czyli właśnie Breitlinga Aerospace w pierwszej, acz już lifotwanej wersji.

W tytanie i bi-kolorze! Czyli zupełnie coś dla mnie jak dotychczas nietypowego. I jest to kolejny zaskakujący zegarek. Być może często stwierdzenia podobne do tego zdarza mi się powtarzać, jednak tutaj jest to takie zdecydowane i uważam, że uprawnione.
Jest to zegarek, mający jeszcze więcej tych breitlingowych cech, które winny zupełnie razem nie działać – a działają. Całą ta mnogość wizualna – krój pisma na indeksach pisany kursywą, wyświetlacze, logo, napisy, bezel i jego szewrony (na dodatek złotego koloru) i tak dalej. To powinno stworzyć chaos i zamieszanie.

zdjęcie jeszcze ze zdemontowanym szewronem z godziny szóstej
Ale nie! Tutaj dla mnie to wszystko działa, a fakt że zegarek jest tytanowy sprawia, że jest wręcz niewybrednie wygodny. To taki prawdziwy kandydat na codzienny zegarek do wszystkiego.
Werk kwarcowy pozwala na realizację wielu przydatnych codziennie funkcji. Mamy tutaj cyfrowo i analogowo pokazywany czas, mamy kalendarz, mamy drugą strefę czasową, alarm, stoper i timer. A to wszystko obsługiwane samą koronką, co w moich oczach dodaje mu elegancji (w sensie brak pusherów mu jej dodaje).

alarm

druga strefa czasowa
Poza tym, klimatu początku XXI wieku dodaje mu ta naprawdę odjechana ale przy tym fantastycznie wygodna bransoleta. Bransoleta z najlepszym możliwym systemem mikroregulacji – opartym na sprężynie ot klamra się „rozciąga” i tyle. Nic nie trzeba robić – dopasowuje się do ręki sama.

„elastyczna” klamra
I już tutaj jest dla mnie świetnie! A to jeszcze nie koniec.
Bo ten Awerospace bardzo się w sumie lubi z paskami. Może nie jest to paskowy zwierzak jak Speedmaster, ale i tak – na różnych paskach pokazuje swoje różne oblicza.




I jeszcze wiele innych.
I to stanowi dla mnie wartość w tym napędzanym ruchem elektronów zegarku. Swoista nieoczywistość wynikająca nie tylko z jednej cechy, czy jednej decyzji projektowej. Ale właśnie ta suma wielu, może nawet pozornie sprzecznych rzeczy. Która finalnie układa się w bardzo dobry zegarek.

Czy jest to zegarek bez wad?
Jasne, że nie – takie nie istnieją. Dla mnie w tym modelu albo może tylko w egzemplarzu, bo nie miałem okazji sprawdzić, słabo działa rozróżnianie szybkiego i wolnego obracania koronki. Bo tak – ten werk rozpoznaje to jak szybko obracamy rzeczoną i w zależności od tego inaczej reaguje. Na przykład szybkie obroty zmieniają nastawy o pełną godzinę, a wolne precyzyjnie co do minuty. Jednak te szybkie muszą być naprawdę gibkie inaczej są interpretowane jako te wolne. To akurat mogło by działać lepiej.
Luma na wskazówkach po tych 24 latach jeszcze jest i działa, ale nie jest to nic spektakularnego i raczej nie liczył bym na całonocną czytelność. A innego elektrycznego podświetlenia brak.
Poza tym, to właściwie nie mam się do czego przyczepić. Oczywiście nie jest to, choćby ze względów estetycznych zegarek dla każdego. Ale na mnie zrobić świetne wrażenie.


No i ten Breitlingowski antyrefleks…
Post Scriptum
PS. w ujęciu wpisu na tronie www to takie nico nadużycie, jednak poniższy fragment powstał już po pierwotnej publikacji tego posta, stąd taka a nie inna forma.
Dzisiaj w niedzielny poranek pierwszego grudnia, wybrałem się na przechadzkę z aparatem w Beskid Mały, czyli tak bardzo po sąsiedzku. Na mały spacer miast mojego tradycyjnego biegania, gdyż na to drugie jeszcze się nie porwałem po przebytej infekcji. Ale to nieistotne. To co jest ważne w kontekście tego wpisu, to fakt, iż towarzyszył mi w tym właśnie ten Breitek.

I jak się okazuje, suma jego cech sprawia, że jest to bardzo dobry kompan właśnie takich aktywności jak włóczenie się po górach. Lekki, wygodny i charakterny – tak jak mi w góry pasuje. No a przy tym, całkiem się też wizualnie ładnie w takie klimaty wpisuje.





Miłego!








Napisz co o tym myślisz!